Umieramy dwa razy – raz fizycznie, a drugi raz, gdy ktoś wypowie nasze imię po raz ostatni. Dowiedziałem się, że istnieje 400 000 imion, to jest pojedynczych osób, które znamy ze starożytnej Grecji. To więcej, niż się spodziewałem:
The Lexicon of Greek Personal Names (LGPN) traces every bearer of every name, drawing on a huge variety of evidence, from personal tombstones, dedications, works of art, to civic decrees, treaties, citizen-lists, artefacts, graffiti etc.: in other words, from all Greek literary sources, documentary sources (inscriptions and papyri), coins, and artefacts. Because it records not just every name but every bearer of each name, it can be seen as the closest equivalent to a telephone directory of all parts of the ancient world where Greek was the main language of written record, and covering every region where Greek came to be spoken or written from Marseilles to India, from the late 8th c BCE to about 600 CE. The result: almost 400,000 ancient Greeks listed regionally in eight volumes, which cover the whole Greek world from Italy and Sicily to Anatolia; a ninth volume on Syria, Arabia and regions further East will soon be in press, and two more on Egypt are planned (one already in preparation) to complete the series.
Niecałe pół miliona osób z dziesiątków milionów, które żyły na przestrzeni wieków. Ta liczba raczej nie podwoi się, o ile nie czekają nas spektakularne odkrycia archeologiczne. Potrafimy ich nazwać, choć nie wiemy o nich wiele, czasem tylko to, że żyli i mogą zostawić ślad w statystyce jako nosiciele danego imienia, albo mieszkańcy danego regionu. Nie przetrwał ani ich głos, żadne osiągnięcie, dzieci, absolutnie nic. Niektórzy mieli szczęście być zapamiętani zupełnie przypadkiem, gdy dużo potężniejsi luminarze zaginęli na zawsze.
Pierwszym znanym imieniem w ogóle był Kushim z Sumeru, księgowy lub handlarz, którego znamy tylko z dokumentów handlowych. To daje Kushimowi i kilku rówieśnikom 5200 lat pamięci. Imponujące!
Umieramy po raz drugi po kilkudziesięciu, może stu latach od śmierci fizycznej. W naszym przypadku może być to nieco opóźnione przez epokę cyfrową, ale i tu może zabraknąć chęci lub możliwości do odczytania nośnika. Nie tylko my jako jednostki umieramy po raz drugi i ostatni, ale całe narody, ludy; czasem nawet nie potrafimy nazwać nawet tych narodów.
W konsekwencji, kiedyś zostanie zapomniany na zawsze ostatni Polak (Kopernik? Mieszko? Czy jakiś przypadkowy nagrobek?), a potem ostatni człowiek jako taki. Może to być Budda, a może Jezus, a może ktoś, kto jeszcze się nie narodził. Przerażająca wizja istnienia tego człowieka już dziś lub w przeszłości oznaczałaby, że dotarliśmy już do szczytu naszej zapamiętywalności. Nic ciekawszego, bardziej sensownego nie wydarzy się już nigdy.