Autor tego wpisu jest cyfrowym zbieraczem, tylko, że na odwyku. To znaczy, że zrozumiałem swój błąd i próbuję go naprawić. Przez lata budowałem systemy informatyczne, a takie systemy istnieją tylko dzięki danym. Są to systemy idealne dla kolekcjonerów cyfrowych rupieci. Moja praca to głównie wysypisko bezużytecznych i niechcianych danych, którym mogę nadać chwilowy sens, zlutować, posklejać, popukać i zbudować rozwiązanie. Jestem nałogowym zbieraczem, ale ten tekst to nie jest tylko i wyłącznie moja spowiedź.
Dodam tylko, że przynoszę też pracę do domu. Wszystko zaczyna być zbiorem danych tak długo, aż ja sam zaczynam być zbiorem danych, który można zgrać na dyskietkę – można sobie mnie skopiować i skompresować, bo składam się z kilku doświadczeń, listy zdobytych krajów, punktów na Duolingo, followersów i artykułów, które mogę napisać. Mam, więc jestem. Skatalogowałem się sam, uporządkowałem i mogę w końcu się przedstawić jako krótki wzór $firstname;$countriesCount/190;
Analogowe i cyfrowe zbieractwo
Istnieje różnica między zbieractwem i kolekcjonerstwem. Zbieractwo, syllogomania, od kolekcjonerstwa odróżnia się przede wszystkim stosunkiem podmiotu do przedmiotu. Tak długo, jak utrzymujemy dystans pomiędzy przedmiotem a nami samymi, jest to hobby zdrowe, nawet, gdyby sam przedmiot nie przedstawiał zbyt wielkiej wartości w oczach innych. Po drugie, kolekcjonera interesuje bardziej proces kolekcjonowania niż sama kolekcja. Kolekcjoner woli być niż mieć.
Rozwlekając mój punkt, kolekcjoner jest w stanie wymienić bardzo cenny eksponat na jeszcze cenniejszy. Chodzi mu bardziej o dbanie o ciągłość kolekcji, a nie o każdy poszczególny przedmiot. Dla kolekcjonera wartość stanowi nie tylko eksponat, ale również kolekcja i proces jej tworzenia. Kolekcjoner pracuje aktywniej nad zbieraniem niż nad zbiorem. W patologicznym zbieractwie pozbawiamy się kontroli nad procesem. Przedmioty z nami pozostają, pojawiają się bez znacznego wysiłku, a rozstanie z nimi urasta do rangi problemu. Ten zbiór nie jest niczym więcej niż sumą czynników, a przez to każdy czynnik trzeba przechować, chronić, a przez to: potknąć się o niego, stworzyć zagrożenie pożarowe i odizolować się od społeczeństwa w ostateczny sposób.
Do początku XX wieku zbieractwo miało charakter wyłącznie analogowy, bo rzeczywistość cyfrowa nie miała wielkiego wpływu na życie. Nawet materiały cyfrowe, takie jak filmy czy muzykę należało przechowywać na irytująco fizycznym nośniku.
Obecna cyfrowa inflacja artefaktów jest dużo groźniejsza, ponieważ nie powoduje żadnej bezpośrednio obserwowalnej fizycznej szkody. Choćby bitcoin zużywał więcej energii niż cała Skandynawia1, to ta energia zużywana jest gdzieś tam, daleko. Narysuj prąd, nie umiesz. Tak samo, jeśli spadająca cena przechowania gigabajta danych powoduje zwiększone wydobycie metali ziem rzadkich, te straty ponosi ekosystem. Miejscem gdzie dzieje się dostrzegalna szkoda jest mentalność i osobowość zbieracza, a i to nie w sposób bezpośredni. Cyfrowy zbieracz wysokofunkcjonujący może doskonale odnajdywać się w strukturze korporacyjnej, odnosić tak zwany sukces.
Problem, który mamy z terminem zbieractwo i analogią do świata materialnego jest kompletnie inna natura uzależnienia, inna natura zjawiska i zdobywanych artefaktów, eksponatów. Może zacznę od kilku przykładów, na których będzie nam łatwiej zrozumieć i operować cyfrowym zbieractwem:
- cyfrowe zbieractwo to podróżowanie po to, by odznaczyć kolejne zdobyte kraje
- cyfrowe zbieractwo to zdobywanie punktów na Duolingo, by nauczyć się języka
- cyfrowe zbieractwo to optymalizowanie ilości followersów nad rzeczywiste relacje
- cyfrowe zbieractwo to czytanie 52 książek w ciągu roku
Pierwszy odruch to myśl o powierzchowności kontra jakości, ale jest to półwniosek. Można zdobywać followersów w służbie idei lub wręcz znaleźć tam sposób na utrzymanie się. Można powtarzać słówka na Duolingo. Jeszcze jak. Dodatkowo, należy wyjść poza intuicję dotyczącą pętli dopaminowej. To jest również inny mechanizm, równie niebezpieczny i wspomagający cyfrowe zbieractwo. Siłą rzeczy cyfrowe zbieractwo możemy obserwować głównie tam, gdzie stykamy się z technologią – w appkach, w social mediach, w narzędziach pracy.
Powierzchowność wyboru albo uzależnienie od ekranu są skutkami. Natura cyfrowego zbieractwa polega bowiem na zaburzeniu dwóch protokołów poznawczych. Dwa protokoły. Pierwszy z nich to protokół odkrycia. Drugi, to protokół tożsamości. Zanim przejdziemy do nich, musimy zrozumieć, jak cyfrowy artefakt różni się od fizycznego.
Cyfrowy śmieć
Chciałbym w tym miejscu postawić pauzę i zerwać niektóre skojarzenia ze zbieractwem analogowym. Zbieractwo analogowe, materialne, jest kompletnie innym rodzajem uzależnienia. Jedyne co je wiąże z cyfrowym to powierzchowna natura zjawiska pt. zbieram rzeczy, ale źródła, koncepcje, problemy, mentalne zależności są kompletnie inne.
Cyfrowy śmieć nie ma wiele wspólnego ze śmieciem fizycznym, bo nie ma formy ani materii. Punkty, które zbieramy online nie przedstawiają wartości samej w sobie, tylko ją śledzą. Są wynikiem wykonania pewnej jednostki pracy i umieszczają dowód w rejestrze, systemie bazodanowym, który możemy następnie odczytać.
Cyfrowy śmieć jest zawsze wskaźnikiem.
To bardzo mylące, ponieważ nasz gadzi umysł nie jest przygotowany do tej niespodzianki, nie radzi sobie dobrze z pieniądzem fiducjarnym, z efektami drugiego rzędu i tak dalej. Jeśli numerek rośnie albo spada w związku z czymś, to nie znaczy, że jest tym czymś. Co więcej, jest to tylko numer nazwany jak to coś, a po prawdzie, może być czymś zupełnie innym. Żeby przekazać to bardziej obrazowo, bardzo podoba mi się stwierdzenie, że Żabka nie może zbankrutować w żappsach. Te wszystkie punkty zdobywane w internecie, nigdy się nie kończą, niczego nie znaczą i nie są wymienialne na nic innego – dlatego, że są jedynie wskaźnikami.
Prawo Goodharta mówi, że metryka, która staje się celem, przestaje być dobrą metryką i ma w tym 100% racji. Nie tylko w wymiarze globalnym czy ekonomicznym, ale może przede wszystkim personalnym. Tak więc moja krytyka jest krytyką życia nie według wskaźników, tylko takiego, gdzie wskaźnik to mój cel.
Protokół odkrycia
Protokół odkrycia, czyli poznania, epistemii, to sposób, w jaki odkrywamy świat, planujemy odkrycie i w jaki kształtujemy naszą relację ze światem zewnętrznym. Używam słowa protokół, bo chodzi mi o coś więcej niż intuicję. Pożądanie cyfrowego wskaźnika zaburza całą infrastrukturę poznawczą umysłu i emocji.
Zamiast sekwencjonować genomy bakterii, spróbuję przedstawić kilka przykładów.
Jako, że większość wskaźników ma charakter liczbowy, a zatem ilościowy, typowym objawem jest celowanie w ilość kosztem jakości. Mówiąc o zaburzonym protokole odkrycia, mamy na myśli na przykład optymalizowanie pod ilość odwiedzonych krajów, a nie materialny sens odwiedzin tych krajów. Odwiedzający więcej krajów będzie próbował kształtować wyprawy wieloetapowe, promować krótkie pobyty w różnych miejscach, bez ich rzeczywistego zrozumienia; nigdy nie wraca dwa razy w to samo miejsce, nie buduje przywiązania, szacunku, zrozumienia. Jeżeli wskaźnik zwiększa się, bo śledzi jakąś wykonaną pracę, będziemy celować naturalnie w zmniejszenie jednostki tej pracy – wypadać na city breaks, badać tylko najważniejsze zabytki i tak dalej.
Najjaskrawszym przykładem obszaru, który traci na braku głębokości poznawczej jest edukacja. W edukacji nie tyle istotna jest szerokość, co właśnie głębokość poznania tematu. Cyfrowy śmieć w postaci licznika przeczytanych książek, zawsze będzie celować w zmniejszenie długości książki i lekkość lektury. Lektura cięższa nigdy nie pozwoli dobić do upragnionego progu. W konsekwencji dokonujemy samozniszczenia. Celowo się osłabiamy, nie ćwicząc umysłu i wybierając krótką i lekką lekturę.
Istnieje nad tym wszystkim koszt drugiego rzędu. Próbując zbierać i dbać o wskaźnik, zamieniamy się w kustosza własnej próżności. Zamiast podziwiać rzeczywistość, być tu i teraz, czy to w podróży czy w lekturze, podziwiamy własne osiągnięcia, skupiamy się na tezauryzacji, obróbce, archiwizacji doświadczenia.
Protokół tożsamości
Większość cierpiących na cyfrowe zbieractwo cierpi na coś, o czym pisał Debord czy może Fromm, to znaczy: przedstawienie staje się naszą wspólną rzeczywistością; to co mam, jest tym co jest. Moje przedstawienie to tak naprawdę ja.
Przedstawiając się, np na Instagramie czy Twitterze, możemy podać tylko kilkaset znaków. To zmusza do kompresji, a tu z pomocą przychodzą liczby. Tyle a tyle zwiedzonych krajów, książek, punktów, followersów etc. Te wszystkie dane są zamiennikiem autentyczności. Followersi robią za reputację, książki za wiedzę a punkty za wysiłek.
Żyjemy w epoce opartej na danych i te dane zastąpiły nam całkowicie widok na alternatywy. Czym mógłbym być, jeśli nie zbiorem osiągnięć? Jak nazwać to, kim jestem i gdzie jestem, jeśli nie miejscem w rankingu? W internecie pojawiają się opisy typu: „CEO at …, husband, father of three”, co może bawić, ale jest trafną intuicją; bardziej niż wskaźnik ilościowy, powinna interesować nas tożsamość oparta na:
- roli lub relacji z innymi ludźmi. Ta może być dużo skuteczniejszym proxy dla reputacji niż pozycja wewnątrz systemu.
- odpowiedzialności lub misji. Ta jest trudniejsza do uzewnętrznienia, co dodatkowo podkreśla mój punkt.
Innymi słowy, odpowiednio: wobec kogo lub wobec czego mam zobowiązania. Jest to nadal tożsamość oparta na zewnętrznym źródle, ale o ile bardziej realna – pociąga za sobą jakiś prawdziwy koszt. Pierwsze systemy pisma powstały właśnie po to, by śledzić zobowiązania. W XXI wieku wprowadźmy małą korektę: nawet nie mów mi ile, tylko powiedz mi komu albo czemu.
Wskaźnikomania historycznie
Czy pierwsze było zaburzenie protokołu poznania i protokołu tożsamości czy cyfrowe zbieractwo? W każdym razie ani jedno ani drugie nie jest praprzyczyną obecnego stanu rzeczy.
Najpierw musi być wskaźnikomania, która wyprodukuje te cyfrowe śmieci i następująca z nią szansa, by zastąpiły wcześniejsze źródła poznania i źródła tożsamości.
By możliwe było w ogóle stworzenie siebie na nowo, potrzebujemy mieć szklarniane warunki do dokonania tej negacji (negacji tego, czym byłem przedtem). Osiągnięcia epoki przemysłowej i obecnej rewolucji cyfrowej pozwalają większej i większej liczbie ludności wyrwać się z okowów tradycyjnej zależności od lokalnej społeczności, w sensie geograficznym, ekonomicznym i na końcu mentalnym. To ma znaczenie tym większe, jeśli pomyślimy o rewolucji informatycznej, nie rewolucji przemysłowej.
Informatyczny charakter tej rewolucji promuje informatyczne rozwiązania. Nowoczesny (najnowocześniejszy!) człowiek inspiruje się i żywi tym, co jest jego nową wolnością. Technokratyczne zarządzanie produkcją ma swoje źródła w Europie Zachodniej, USA i Japonii i można streścić je do kilku maksym, z których najcenniejsza to: what can be measured, can be improved. Dopisz sobie konsekwencje – co niemierzalne, jest niereformowalne lub niewarte naszego czasu. W ostateczności, chcemy zatem zwiększać opomiarowanie. Każdy inżynier będzie doskonale rozumieć co mam na myśli, wystarczy jedynie przełożyć to na metryki i życie osobiste.
Wokół mierzenia życia prywatnego powstała cała gama produktów, lifestyle złożony z urządzeń, oprogramowania, społeczności i rytuałów. Powstała potęga marek takich jak Garmin, powstały nurty takie jak quantified self. Każdy zna swój VO2 Max, ilość kroków wykonywanych dziennie, czas snu.
Po stronie kosztów możemy spisać wszystkie te obszary, które nie są częścią samorealizacji, lub raczej: stawania się na nowo w rzeczywistości rewolucji informacyjnej. Geograficznie i mentalnie, będą to odpowiednio mniejsze miasta i wsie oraz wszelkie systemy, które zarządzały tradycyjnym, przedtechnicznym, przedmanagerskim modelem społeczeństwa, takie jak kościół czy państwo.
Ta krótka managersko-technokratyczna opisówka nie jest wycieczką definitywną ani też ontologicznie w stu procentach autentyczną. Istotny jest sens: wskaźnikomania, a następnie tworzenie cyfrowego śmiecia jest pochodną rewolucji przemysłowej, potem informatycznej a z nimi postępów w zarządzaniu. Kreatywny i destrukcyjny sposób w jaki wykorzysta to jednostka jest ceną, jaką zapłaci cokolwiek co było wcześniej.
Homo Index
Jako człowiek danych jestem szczególnie podatny na ten zbieraczy stan chorobowy, ponieważ funkcjonuję codziennie wśród wykresów. Tak długo jak czegoś nie można opisać ilościowo w zasadzie to dla mnie nie istnieje, lub istnieje jako potencjalny problem. Proces, w którym oddalam się od homeostazy wydaje się mi zupełnie naturalny; stawanie się człowieka na nowo w warunkach rewolucji przemysłowej było pierwszym etapem. Homo Faber, człowiek przemysłowy czy człowiek jako marksistowska ofiara stosunków przemysłowych to przodek mojego Homo Index.
Homo Index cierpi często na cyfrowe zbieractwo, które jest pokłosiem dorastania w poprzemysłowej wskaźnikomanii. Tyle na razie możemy powiedzieć z całą pewnością.
Zdając sobie sprawę z miejsca, w którym jesteśmy, naturalnie powstaną trzy-cztery, nurty odpowiedzi i reakcji. Możemy obstawiać na ich powodzenie lub nie, ale świadomość konfliktu jaki będą tworzyć i dynamiki tego konfliktu, powinno być produktywne w skutki dla każdego, kto odczyta rzeczywistość w ten sposób.
Od absolutnej negacji i powrotu do stanu „natury”, czyli do stanu, w którym mamy silne państwo lub kościół, w którym przejmuje nas los porzuconej tradycji, po kompletnie technokratyczne reżimy, które nadadzą nam więcej metryk i będą twierdzić, że to dla naszego dobra. Cała dyskusja w tym spektrum będzie zajmować się głównie wartościowaniem Homo Index i myśleniem nad jego ulepszeniem, w lewą lub prawą stronę; wartościowaniem wskaźników. Zaskakująco blisko siebie koncepcyjnie są nurty, które mówią szukajcie Boga oraz te, które na piedestał wyniosą naturę czy cokolwiek innego niemierzalnego. Z drugiej strony blisko siebie będzie hiperprawniczy reżim europejski oraz, niby to wszystko negujący, skupiony na biznesowym KPI klimat Doliny Krzemowej. Anikonizm kontra ikonizm. Podział polityczny zastąpiony relacją do wskaźnika i sposoby kształtowania Homo Index nabiera dużo więcej sensu; on opisuje w jaki sposób sens jest tworzony i skąd jest brany.
Odwyk
Wróćmy do naszego punktu styku z rzeczywistością, czyli cyfrowego zbieractwa. Istnieje jedna prosta maksyma, którą powinien kierować się Homo Index: Nie zbieram śmieci.
Nie zbierając śmieci zaczniemy wybierać wskaźniki, które są dużo bardziej autentyczne, cenne poznawczo. Nakreśliłem już mniej więcej co stanowi zły a co dobry wskaźnik. Dobry znaczy: osobisty, przenośny, mający jakąkolwiek stawkę. Najłatwiej zrozumieć to na przykładzie VO2 Max kontra followers na platformie (osobiście nie śledzę żadnego z nich). VO2 Max jest osobisty, możemy go śledzić plus minus sami (nawet zmieniając urządzenia) i stawką jest nasze zdrowie. W wypadku followersów, jest to proxy dla reputacji, ograniczone dla danej platformy, a w wypadku ich utraty, w zasadzie nie dzieje się nic (tak długo, jak nie były to setki tysięcy). Autonomia jest kluczem.
Ja praktykuję dwie metody, które są dość skuteczne. Jedna z nich to Beeminder, gdzie możemy ustalić stawkę dla wskaźnika, który śledzimy i w ten sposób urzeczywistnić konsekwencje własnych decyzji. Druga to Forecaster, czyli moje narzędzie do śledzenia własnych predykcji, decyzji i osądów. Forecaster pozwala do każdej predykcji dodać jej konsekwencje. Pozwala na obliczenie skuteczności predykcji (Brier score) oraz na kalibrację. W ten sposób łączymy to co myślimy, z tym co robimy i tworzymy minimalną pętlę zwrotną.
Nie zbierajcie śmieci.
- W momencie pisania wpisu, mówi się, że Bitcoin zużywa więcej energii niż Dania ↩︎
Dodaj komentarz