Moja poranna rutyna polega na tym, że pozwalam spać mojej żonie. Zdobywam się na odrobinę empatii i dotykam stopami (nie lubię) zimnych kafli. Od 11 stopni na zboczu przy El Zurreón dzielą nas drewniane okna z jedną szybą. Zabieram dziewczynki ze sobą na dół po schodach, odpalam piecyk. Żeby poranek był spokojny, najlepiej zaplanować każdemu coś ważnego, dajmy na to, przesypywanie ziarenek do kawy, z pojemniczka do kubeczka. A potem podwoić ilość Ważnej Pracy, z kubeczka do pojemniczka. Z pojemniczka niestety, ziarenko wpada prosto do nosa. Na szczęście wyciągam. Jeszcze jeden! Gdzie? Głębiej?! Strugam zapałkę nożem, robię nos Peppy i udaje mi się je wyciągnąć. Odblokowuję drogi oddechowe. Obsmarkane ziarenko wyrzucam. Mniej zabawnie robi się, kiedy z tyłu jęczy młodsza córka.
10h 30
Pakuję dwulatkę i ruszam do Loja, do regionalnego szpitala. Mamy około 30 minut do sporego miasteczka na końcowym odcinku krzyża Andaluzji, tej poprzecznej belki która kończy się na arabskiej niegdyś i teraz Granadzie. W szpitalu przyjmują nas szybko, tarjeta sanitaria, a ja się nieco uspokajam, kiedy pielęgniarka mówi mi veo – widzę to ziarenko, zaraz to ogarniemy panie hasło-do-wifi. I faktycznie, cała operacja zajmuje nam kilka sekund. Z pielęgniarką obezwładniamy moją córkę, a doktor rozsądnie prosi nas o cierpliwość – sprawdźmy, czy w nosie nie ma drugiego, głębiej.
Skoro już tu jesteśmy, to robimy jeszcze krótkie zakupy. Światło na chwile gaśnie, dziwne… Ok, wraca. Ja płacę kartą, przechodzi, wychodzę. Dzień mogę spisać już na straty, ale robi się ciepło, więc może przynajmniej uda nam się posiedzieć w basenie.
No hay lu – nie ma światła, mówi mi ekspendientka na stacji benzynowej. Pues? A nie mogę sobie zatankować? Podobno w okolicy nie ma światła? No trudno, to może wróci, ale w Loja też mi na chwilę zgasło. Pewnie market ma jakiś generator.
No nic, jadę dalej. Wspominam wielkanocną procesję dziecięcą w Algarinejo. W niedzielę rano nagle wylęgło, nie wiadomo skąd, bo na pewno nie z placów zabaw, kilkunastu małych chrześcijan niosących feretron wokół Plaza de España. Tego dnia mży, jak na złość. Nasza społeczność nie jest duża, ale prężna – mówi mi członkini rady parafialnej, której podtrzymuję parasol – i zawsze możemy liczyć na posiłki z zewnątrz, np. na tego polskiego księdza, który tak pięknie mówił po hiszpańsku. Dzieci co parędziesiąt metrów wymieniają się feretronem, a na koniec dostają paczki z cukierkami. Moje dziewczyny też je dostają (ja zjem obydwie).
Prądu może nie ma, ale generalnie coś tam jeszcze działa.
12h 33
Szymon, tutaj też nie ma światła, i to od jakiegoś czasu już nie ma światła. Całe światło zgasło. Podobno ciemno jest w całej Hiszpanii.
No to klops. Starczy mi paliwa, żeby dojechać na lotnisko w Maladze i snuję sobie wizję jak odprawię dziewczyny, a sam będę koczować i walczyć z zombie o wodę z kaktusów. Mamy jeszcze internet, więc możemy załatwić internetowy obrządek, powiadomić rodzinę, zapisać się gdzie trzeba. Ale ja chcę działać, a nie czekać.
Równo tydzień temu zmarł hiszpańskojęzyczny papież, ale w Hiszpanii mają własnego papieża. Byliśmy w El Palmar de Troya zbadać sobie słynną wspólnotę palmariańską. Teraz powinniśmy się zorganizować, tak jak oni. Oni – prowadzeni przez niewidomego samozwańczego papieża postawili sobie potężną białobrązową bazylikę-fortecę na środku pustynii w zachodniej Andaluzji.
Palmar ma swój autarkiczny tryb życia, lub swój własny sekciarski kierat, jak podpowiada mi mieszkaniec wioski obok bazyliki. Ochroniarz pod bazyliką z kolei zaperza się: to wy żyjecie w ciemnocie. Za jego plecami widzę od stóp do głów opatulone palmarianki. Dalej tłumaczy mi czym jest prawda – że polski papież był szpiegiem CIA, że Clemente (założyciel) dokonywał cudów na pustyni. Wyznawczynie wnikają do środka przez drzwiczki w kilkumetrowym murze okalanym drutem kolczastym. Przez ułamek sekundy łypie na mnie figura św. (sic!) Francisco Franco. Drzwiczki się zamknęły, a pan ochroniarz nas już wyprasza.
Fakt. Pora, żebym i ja znalazł w sobie siłę na tej pustyni, przygotował ekipę i zorganizował nasz gran apagón.
15h 00
Pukam w drzwi obok, gdzie mieszka José – 70 lat z górką. Proponuję mu pomoc i zjeżdżamy w dolinę. José chce napełnić swoją lampę. Apagón mu nie straszny, bo jest doskonale analogowy. Ma radio na baterie, które pozostaje ostatnim łącznikiem z cywilizacją. Po zasięg telefonu musimy już przejść kilkaset metrów od domu. Jak na ironię akurat pięknie przygrzewa nas słońce. Niecałe tysiąc metrów nad poziomem morza hiszpańska wiosna jest chłodniejsza niż na wybrzeżu.
Moros – mówi – jest ich tu pełno. Większość. Zresztą zaraz zobaczysz w mieście. Kiedyś mieszkała nas tu, na naszym barrio czterdziestka. Ja miałem moje dzieci przy mnie, sąsiad, Maria (mój host) z dziećmi no i jeszcze ten dom, co stoi teraz pusty, i tamten, co jest wynajmowany. Młodzi nie chcą zbierać oliwek, więc będą to robić obcy. Przyjeżdża ich tu cała masa i jeszcze zostają, mówię ci – mówi mi José. Zauważyłem, choć niewprawnemu oku zdradza to hidżab, a uchu język, którym dzieci mówią na placu zabaw. Dzieci mojego sąsiada wyjechały na północ, do Barcelony, dzieci moich gospodarzy do Belgii.
Niewiele mogę zrobić za około 20 euro, które pozostało mi w gotówce, ale wystarczy, bym kupił wodę, trochę suchego prowiantu i zorientował się czy w okolicy wiedzą więcej. Sklep się nie otwiera zgodnie z planem, więc zakupy mogę zrobić tylko na stacji benzynowej. Biorę parę litrów wody.
Ja myślę, że będzie wszystko dobrze. Mieszkasz u Marii prawda? Przejdźmy na angielski – mówi mi na stacji spotkana Holenderka. To jest mała społeczność, wszystko się roznosi, nie przejmuj się. Moja nowa koleżanka oblizuje truskawkowy rożek ze spokojem. Jej dzieci zostały na północy, a ona wyjechała tu. Rajd cen nieruchomości w górę pozwolił jej sprzedać mieszkanie gdzieś w Randstad i urządzić się tu na odludziu. Tu mam pełno nowych znajomych, tu jest pięknie – słyszę, przytakuję – jest dużo spokojniej, nie ma aż tylu imigrantów.
Na mnie już czas, umówiłem się z Josém. Lampy nie napełnił, będzie siedzieć po ciemku. Wracamy serpentyną w góry.
22h 15
To, co w dolinie zostało z niegdyś sporego miasteczka, nigdy nie tworzyło zanieczyszczenia światłem na tyle, by przykryć nam gwiazdy. Teraz Algarinejo już w ogóle nie widać, wsiąkło w ciemność. Położyliśmy dzieci spać i mamy chwilę czasu na przemyślenie naszej sytuacji. Już wiemy, że nasza sprawczość zbliża się do zera, ale myśleć nic nie szkodzi.
Parę dni temu pojechaliśmy do zamku w Zagra. Młodsza córka uparła się na gotowanie makaronu, więc jesteśmy we dwójkę ze starszą. Ruiny wiszą nad miasteczkiem. I nie mieszka tu żadna księżniczka? – dopytuje Hania. Poniente Granadino jako region graniczny ostatnich dwustu lat rekonkwisty obfituje w twierdze. Zagra nie miała tyle szczęścia co na przykład pobliskie Montefrio. Nie przyjechał tam National Geographic. Nie miała też szczęścia do księżniczek. Do ruin wchodzimy przez prywatną posesję, na skróty, w razie czego mamy powołać się na pana elektryka. Moja córka robi sobie sesję zdjęciową na tle kaktusów. Przypuszczam, że dla niej, czy to Zagra, czy Malbork – nie ma wielkiej różnicy. Tato, skoro nikt tu nie mieszka, to dlaczego tego nie zburzyli?
Tymczasem siedzę w kurtce w aucie i ostrożnie słucham radia. Radio padnie ostatnie, ale nadaje bardzo spokojny komunikat. Testujemy sieć, światło wraca na Costa Blanca, w Cartagenie jest już dobrze. To nie jest to wojna. To nie jest na zawsze. Gaje wokół Algarinejo rozświetlają jeszcze tylko światła traktorów, które pracują jak gdyby nigdy nic. W okno stuka roześmiany José i pyta czy idziemy imprezować po ciemku. Imprezować? Ja mam dzieci, ja idę spać.
4h de la mañana
Przed piątą budzi nas zapalony kinkiet w sypialni. Wszystko wraca do normy – znów mamy wszystkie kreski LTE i pełno powiadomień.
Stawiam stopy na zimne kafle. Teraz to ja gaszę światło.
Dodaj komentarz