Cała awantura wokół lekarzy szczypie nas po oczach. Nie dlatego, żebyśmy żałowali im dużych pieniędzy, tylko, że te pieniądze są zbyt duże jak na grę, w którą grają.
W świecie wysokich kompetencji, tam, gdzie uczymy się, dostajemy uściski dłoni i certyfikaty (dyplomiki) spodziewamy się, że nagroda będzie proporcjonalna do wkładu. I zaczynamy się drapać po głowie, kiedy okazuje się, że doba ma 24 godziny, a 72-latka jest jednocześnie dyrektorką szpitala i aktywnie udzielającym się lekarzem… Za półtora miliona złotych?
W tych światach, w tych rodzajach gier, w publicznym dyskursie, akceptowalny sufit, czyt. prawa strona krzywej Gaussa kończy się na 2-3 tysiącach euro miesięcznie. Tyle nota bene zarabia na przykład minister obrony w tym przyfrontowym kraju. Po drugie, a może po pierwsze, czy na pewno mamy ten wkład na odpowiednim poziomie? Czy wysokofunkcjonujący, najwyżej funkcjonujący geniusz może skutecznie zarządzać szpitalem oraz diagnozować pacjentów oraz mieć szczęśliwe życie prywatne, oraz… Ktoś nieuchronnie płaci ten koszt, aż podskórnie czujesz, że to Ty i ja.
Nie ma sensu normalizować sytuacji przez przesuwanie lekarzy do ekstremistanu (tzw. prywatyzacja służby zdrowia), ale czemu brakuje woli politycznej by unormować świat gaussowski – tego jeszcze nie rozumiem.
Dodaj komentarz