Poniente Granadino

Autor:

w

,

Urokowi Hiszpanii łatwo ulec. Uleganie to dobre słowo, bo jesteśmy poznawczo bezbronni wobec kraju, który jest kulturowo tym najdalszym z tych najbliższych. Mimo wspólnego rdzenia europejskiego, kuchnia, folklor i usposobienie Hiszpanów są dla nas czymś obcym, czymś do odkrycia. Jednocześnie w miarę przystępny, dźwięczny język pozwala na przełamanie bariery i kontakt bezpośredni.

Po dwóch latach nauki hiszpańskiego, jestem w stanie rozmawiać na większość codziennych tematów, objaśniać proste koncepcje. Podsumujemy to rodzinnie, decydujemy się na workation w Hiszpanii. Wybraliśmy jeden z bardziej – znów – najdalszych spośród najbliższych nam regionów – Poniente Granadino we wschodniej Andaluzji. Poniente Granadino jako terminu używam w przybliżeniu, bo zwyczajnie ładnie brzmi. Chodzi o terytoria na zachód od Granady, które stanowiły przez dwa stulecia pogranicze między koroną hiszpańską a niedobitkami muzułmańskimi.

Przy okazji. Wiedzieliście, że korona wcale nie chciała podbić Granady? Łatwiej było jej ściągać ogromne podatki z lenna, niż z własnych obywateli po rekonkwiście. Łatwiej byłoby jej nigdy nie kończyć. Gdyby nie podbicie Granady i utrata łatwego zysku, być może nigdy królowie katoliccy nie ufundowaliby wyprawy Kolumba, by szukać balansu w budżecie przez ryzykowne inwestycje. Łatwiej, ale też lepiej to było ciągnąć, niż zaczynać od nowa.

Miałem bardzo ambitne plany na nagranie vlogów z naszej podróży. I dla dobra waszych oczu niech ta wideodokumentacja pozostanie w archiwum rodzinnym. Podzielę się z kolei Pyłem z landrynek, tak jak Katarzyna Kobylarczyk nazywa swoje krótkie impresje z podróży po Hiszpanii.

Woda

Procesja wielkanocna w Iznájar schodzi w dół, od kościoła do kościoła. Cała scena trwa może 30 minut i gdybyśmy nie kręcili się dookoła miasta czytając azulejos, nigdy byśmy na nią nie trafili. Procesja musi manewrować między stolikami – Jezus i apostołowie naruszają mir wesela. Barowe stoliki szurają z powrotem blokować ulicę tuż za tym jak ostatni rzymscy żołnierze przejdą w procesji. Wszyscy z udrapowanych na czerwono balkonów biją brawo i chowają się z powrotem do domów.

To, czym wyróżnia się Iznájar to olbrzymi sztuczny zbiornik, jezioro Andaluzji, który broni ją przed ulewami i suszami. Zbiornik wybudowany tylko rok po Solinie, rękami równie zbrodniczego reżimu, w równie szczytnym celu. Kiedyś budowało się megaprojekty – nie ma megapaństwa, to i nie ma megaprojektów Zbiornik jest tylko 10% powierzchniowo większy niż Solina. Trochę szkoda, że zasycha.

Tak w ogóle, nie wszystkie domy w Iznájar mają balkony. Zatrzymaj się możliwie nisko autem i wspinaj się, rozejrzyj się. Kilka jest wrzeźbionych w skały. Niskie sufity.

Z Iznájar wracamy zadowoleni. Nie zjeżdżamy już na plażę, bo i tak jesteśmy cali mokrzy od potu i napatrzyliśmy się na wielkie jezioro. Trzy miesiące potem jestem mokry od lipcowej ulewy na wieży widokowej w Solinie. W porównaniu do nowoczesnej infrastruktury Soliny, Iznájar nie broni się niczym, bo broni się wszystkim. Nie mamy przystani kajakowych, zejdź na dół i kajakuj. Nie ma wieży, bo miasto jest ulokowane na wzgórzu. Samo sobie jest restauracją, punktem widokowym i parkiem rozrywki, a ty musisz sam wspiąć się pod górę.

Chyba wolę Solinę.

Chuches

W Algarinejo, nieopodal którego znajduje się nasza baza, też uczestniczymy w procesji. María instruuje nas, żebyśmy w niedzielę jechali do większego Loja, ale zmieniamy plan. Widzieliśmy już większą procesję w Maladze i z rozpytki dowiadujemy się, że w niedzielę wychodzi mała procesja dziecięca.

Spółdzielnia Orodeal rządzi w Algarinejo. Hiszpania to oliwna potęga. Spośród innych spóldzielni Orodeal wyróżnia się może brandingiem (oro de Algarinejo, lub sprytne, zangielszczone: oro deal). Liczy 700 członków, ale powinienem był wspomnieć, że Algarinejo ma niespełna 3000 mieszkańców. Łatwo policzyć, że praktycznie każdy żyje ze spółdzielni. Ze spółdzielni, to jest między innymi z pracy imigrantów zarobkowych. Każdy zarabia przez krótki sezon w bardzo górnych granicach 10 euro za godzinę, po czym wraca do siebie (coraz częściej jednak zostaje) i żyje przez cały rok w Maroku. A co jak nie przyjadą?, drążę. Przyjadą, upewnia mnie pracowniczka, która oprowadza nas po kombinacie. Kilkunastometrowe zbiorniki oliwy cierpliwie słuchają mojego narzekania: A jak ludzie nie kupią tej oliwy? Kupią, kupią, a jak nie kupią to zagranicą kupią. To czego się boicie? Suszy. Susza to jedyna rzecz, nad którą Spółdzielnia nie ma kontroli. Na podaż pracy i sprzedaż fruktów można coś zaradzić, ale podlać tysiące kilometrów kwadratowych już nie. Kupujemy kilka litrów oliwy i ładujemy do bagażnika. To jest pierwsza paczka chuches jaką przywozimy.

Ale z powrotem do kościoła. Nie wiem skąd na procesję nagle wylega kilkadziesiąt dzieci chrześcijańskich. Wszystkie, które spotykaliśmy na placach zabaw rozmawiały w jakimś narzeczu marokańskim. Na naszym osiedlu, naprzeciwko Ermita de las Eras niegdyś mieszkało z 40 osób, pełno, pełno dzieci, tłumaczy mi ciężkim andaluzyjskim akcentem José. Został tylko on i jeden sąsiad, którego nie widzieliśmy ani razu. Sam José miał trójkę, wszystkie wyjechały do Barcelony. Te dzieci, które są za małe, żeby uciekać, formują niesforny rząd, ciągle strofowane przez rodziców biorą na ręce mikroferetron i ruszają przed siebie. Rodzice pilnują pierwszych kroków, potem procesja rozluźnia się, dzieci automatycznie wymieniają się feretronem.

Największa lokalna atrakcja, ruta de agua w Algarinejo biegnie od wodospadu (małego) do wodospadu (dużego) i przecina ulice procesji. Na głównym rynku przed kościołem znajduje się mapa. Pójdź na północ w stronę większego wodospadu, trasa jest znośna nawet dla pięciolatka. Wybieramy się na ścieżkę od rynku na południe całą ekipą, a na północną, trudniejszą, zabieram dzieci. Radzą sobie dzielnie.

Procesja to w sumie też ruta de agua, bo akurat mży. Pomagam nieść parasol członkini rady parafialnej. Opowiada mi o księdzu Polaku, który służył w Algarinejo kilka lat temu. Już go nie ma. W ogóle mało kto został. W ciągu 50 lat, miasteczko skurczyło się prawie trzykrotnie. Na koniec moja przyjaciółka upewnia się, żeby dziewczynki dostały dwie paczki chuches i żeby wspominały Algarinejo ciepło.

Na koniec wędrówki po ruta de agua dziewczynki nie dostają nic, no, poza obiadem. Zresztą większość zdobytych na procesji chuches i tak podjadam ja.

Fotografie

Jeżeli jesz lunch za więcej niż 15 euro w Hiszpanii to prawdopodobnie przepłacasz. Mam na myśli lunch, dwa dania plus kawę lub dulce. Świadomość przepłacania jest moim certyfikatem integracji z lokalną kulturą. Swoją drogą, nie mam problemu z przepłacaniem jeśli muszę, ale chcę być tego świadomy. Ja wiem i ty wiesz, ale godzimy się na tę grę, bo mam dwójkę zmęczonych dzieci, a ty jesteś knajpą na środku deptaka.

Chcemy zobaczyć zamek, ale mamy czas. Zjedzmy coś.

W Montefrío zerowy sezon turystyczny pozwala nam zaparkować na deptaku. Wdychamy pomarańcze. Pani z informacji turystycznej budzi się i mówi nam, że najlepszym miejscem na zjedzenie jest jeden z trzech barów, w tym ten tuż drzwi-w-drzwi. A tak poza tym, to czemu wszyscy Europejczycy ze wschodu mówią po hiszpańsku, to jest wyniesione ze szkoły?

W każdym razie trzydaniowe obiadowe menu plus kawa kosztuje pomiędzy 11-15 euro; w Antequerze zjemy podobne. Temporada baja zamienia się w alta, kiedy wchodzimy do środka. Poza masowością, sekret tych lokali to dania mączne mówiąc po polsku, z bułką tartą, z warzywami, dania, które są tradycyjne (przecież chcemy odkryć to tradycyjne, prawda?), ale nie są paellą, tzw. dania które się nie fotografują. Chciałbym zobaczyć mapę Świetlana z przysłowiem kłaki i wełna, byle dupa pełna.

Po obiedzie oglądamy zamek. Dopiero jak wrócę to zobaczę rolkę na Faceboku i dowiem się, jak świetną ma akustykę. Pani pyta się nas De dónde soi, bez s (zamiast sois), w nadziei, że podamy kod pocztowy. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czyje pochodzenie kwestionuje. Nieważne, wpiszmy Polonia.

Jeśli chcecie zobaczyć dokładnie taki sam zamek (ale w ruinie), nad dokładnie takim samym białym miasteczkiem (ale w zapaści), miasteczkiem, które nie miało aż tyle turystycznego szczęścia do fotografów i przewodników, pojedźcie do Zagry. Macie dwa sposoby na wejście na zamek, wjechać normalnie pod górę, albo szybciej, bo kolega widzę z dzieckiem. To zaparkuj na parkingu pod cmentarzem i idźcie prosto. Przejdziecie przez jedną bramę, a potem drugą, tuż u stóp zamku. Tam będzie napisane propriedad privada, rozumiesz, ale możecie przez tę furtkę wejść, a jakby was się pytał czego szukacie, to powołajcie się na mnie – mówi mi miejscowy elektryk. Wokół rośnie trochę chaszczy, suszą się czyjeś ubrania. Obszczekuje nas pies z drugiej posesji do której przylegają mury. Robimy sobie parę zdjęć na tle kaktusów, wracamy, a ruiny dalej wiszą nad Zagrą. I po co oni zostawili te ruiny? – pyta Hania.

Jeżeli jedziesz do Montefrío od zachodu, skręć od razu w prawo, w mirador do fotografowania. Oglądanie zamku ze wzgórza jest nawet fajniejsze niż zamek. Bo co to za frajda patrzeć z góry na dół (z wyższością), albo z dołu na górę (z pokorą)? Najlepiej spojrzeć bestii prosto w oczy.

Gran Apagón

Koło 8 rano wstaję, żeby zrobić kawę. Dzieci często wstawały razem ze mną (tzn. one wstawały, a ja razem z nimi) i zajmowały się czymś pożytecznym, np przesypywaniem ziarenek z jednego kubeczka do innego kubeczka.

W pewnym momencie Starsza mówi, że ma ziarenko kawy w nosie. Wyjmuję je delikatnie nieobcinanymi paznokciami. Drugie!? Gdzie, w tej dziurce nic nie ma. A, głębiej! Najgorsze, że nic tu nie mam. Strugam zapałkę nożem i udaje mi się wyskrobać ziarenko kawy w gilonach z nosa.

Gorzej, że jest już po śniadaniu i po 9, a zaczyna płakać Młodsza. No nic, ziarenka nie widzę i w nadziei, że nie zassało się do mózgu ruszam do szpitala w Loja.

Z przepraszającym wzrokiem rodzica roku tłumaczę gdzie mieszkamy (nie pamiętam kodu pocztowego ani ulicy) i jak do tego doszło. Trochę mnie uspokaja pielęgniarka z latarką, gdy mówi veo veo i, że damy radę to zrobić od ręki. We dwójkę łapiemy półtoraroczne dziecko, lekarz sprytnie wyciąga ziarenko i każe nam trzymać dalej (a co jeśli ma coś jeszcze, głębiej?).

Jest 12, czyli dzień praktycznie przepalony.

Skoro już tu jestem, to zrobię zakupy w Lidlu. Gaśnie światło na sekundę, ale wraca. Płacę kartą i wychodzimy.

Po drodze nie mogę zatankować, już z ulicy krzyczy do mnie No hay lu, nie ma światła. No dobra, a mogę zatankować? No nie. Swoją drogą w Loja też przez chwilę nie było światła, dziwne nie? No nic, jadę dalej. Dzwoni do mnie żona, że nie ma światła też w Algarinejo.

28 kwietnia 2025 o godz. 12:33 utraciliśmy nagle, w ciągu pięciu sekund 15 GW mocy w systemie; nie wiemy jeszcze, co do tego doprowadziło – przekazał premier Hiszpanii Pedro Sanchez.

A, José. Siedemdziesięciolatek siedzi sam tuż za ścianą. Potrzebuje pan czegoś? O 17 będę jechać do Algarinejo, kupić wodę i co tam się da. Sklep otwiera się po sjeście o 17. José zabiera jakąś lampę, którą chce sobie napełnić. Tłumaczy mi, jak region działa, jak upadają mniejsze gospodarstwa (nikomu nie chce się pracować), wszędzie tylko moros. Podjeżdżamy pod sklep, za godzinę się widzimy. Młody chłopak podchodzi, pyta o coś. Kiedy bezpiecznie się oddali, José mówi mi: widzisz? (nie widzę). Dużo imigrantów, nie? (dla mnie wyglądacie kompletnie tak samo).

Sklep się nie otwiera. Na stacji benzynowej spotykam Holenderkę. Też narzeka na imigrantów, ale w domu, tzn w domu, który sprzedała umiejętnie korzystając z bańki. Teraz mieszka tu, a tu życie jest przecież spokojne. Kończy rożka waniliowego, ja kupuję wodę i wracam.

Zasięg komórkowy tracimy o 21, ale udaje nam się załatwić wszystko; paliwa mamy akurat na dojechanie do lotniska w Maladze. Za oknem na polach jeżdżą niczym nie przejmujące się traktory. To jedyne światło za oknem. Leżące w dolinie Algarinejo zgasło i zniknęło. Słucham w radio, że na wschodnim wybrzeżu w paru miejscach wszystko wróciło. José stuka w okno, śmieje się i pyta co tam. Kładziemy się spać.

O 4:30 budzi nas niezgaszone światło w sypialni.

Epilog

Odwiedzamy Sevillę, Kordobę, Granadę. Dotykamy końca Europy w Tarifie i na Gibraltarze. Odpuszczamy iberoceltom w Jaén i komunie w Marinaledzie, mamy dość już zwiedzonych jaskiń, wybrzeży i alcazab. Więcej nie damy rady. Tak jak Izabeli i Ferdynandowi, łatwiej nam trwać na granicy, niż zakończyć podbijanie Andaluzji, wracać do domu i zaczynać wszystko od nowa.

Pozostaje nam jeszcze emigracja wewnętrzna.


Polecajki:

  1. Ciałko – Kobylarczyk
  2. Strup – Kobylarczyk
  3. Lajla znaczy noc – Lipczak
  4. Grobowiec w Sewilli – Lewis
  5. Historia Hiszpanii – Miłkowski

Jeśli chcesz wybrać jedno, to wybierz pierwsze z listy.

Algarinejo po lewej w dolinie

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *